Najdroższa kawa świata

Fot. Black Ivory Coffee Fot. Black Ivory Coffee
Sympatyczne zwierzątko z rodziny łaszowatych, łaskun muzang, zwany również cywetą bądź lokalnie luwakiem, ma słabość do najlepszych owoców kawowca.

Kiedy już sobie takie wyszuka i zje, to zgodnie z żelazną regułą przyrody – wydala. Na te odchody z zachwytem rzucają się plantatorzy, dla których efekt przemiany materii łaskuna to istna żyła złota. Kawa Kopi luwak, która powstaje z nadtrawionych ziaren, charakteryzuje się bogatym i łagodnym aromatem (nasiona kawowca, wędrując przez układ pokarmowy łaskuna, tracą bowiem goryczkę) i jest wysoce pożądana przez smakoszy. Do tego stopnia, że są w stanie za nią zapłacić bajońskie sumy: kilogram kosztuje około tysiąca euro. W przeliczeniu na naszą walutę, za 10 deko trzeba zapłacić plus minus 300 zł. Sporawo, ale trudno się właściwie dziwić, skoro rocznie produkuje się zaledwie od 300 do 400 kilogramów tej kawy. Najwięcej trafia na rynki amerykański i japoński.

Czyżby zatem najdroższa kawa świata? Niekoniecznie. Blake Dinkin, pochodzący z Kanady, a operujący w Tajlandii biznesmen, pobił w tej kwestii wszelkie rekordy. Filiżanka sygnowanej przez niego Black Ivory Coffee kosztuje około 50 dolarów, czyli mniej więcej 150 zł. Głęboko w tajskiej dżungli kryje się sanktuarium, gdzie zrelaksowane słonie są karmione specjalną mieszanką złożoną z ziaren kawy Thai Arabica, ryżu, owoców i wody. Od 15 do 70 godzin później czujna ekipa pracowników Blake’a Dinkina troskliwie zgarnia słoniowe odchody. Trzeba aż 33 kilogramów surowych ziaren, by powstał kilogram kawy. Efekt jest jednak ponoć zachwycający: bogaty, gęsty napar o niezrównanej mocy i aksamitnym, orzechowym posmaku. Nad samopoczuciem słoni czuwa wyselekcjonowana grupa weterynarzy i sowicie opłacanych miejscowych wieśniaków.

„To nie jest ten rodzaj kawy, którą fundujesz sobie na poranną pobudkę. To wyjątkowy napar dla elitarnej grupy smakoszy, którzy mają otwarte umysły i upodobanie do przygód, a przede wszystkim chcą spróbować czegoś zupełnie nowego” – mówi Blake Dinkin.

Share on FacebookTweet about this on TwitterEmail to someone